poniedziałek, 8 lutego 2016

Rozdział II

Miała nadzieję, że tymi słowami wszystko załatwi, że nie będzie zmuszona do współpracy z własnym bratem. Jak na złość przeliczyła się; kiedy tylko udała się do kuchni, by coś przekąsić – tym czymś okazało się coś, co wyglądało jak jedzenie dla psa, bo Kyoku nie potrafiła przyrządzić bardziej apetycznego jadła – przyszedł niechciany gość.
Zlustrowała go wzrokiem – stał z rękoma wciśniętymi do kieszeni spodni, w brudnej od krwi i ziemi koszulce. Część jego włosów dziwnie sterczała, a jego twarz wydawała się jaśnieć jakimś bliżej nieokreślonym blaskiem. Nawet tak ubrany prezentował się bardzo dobrze – taki urok Uchihów – ale dla niej nigdy takie rzeczy nie miały znaczenia. Wycelowała w niego łyżką.
– Nie ważne, kim ty jesteś – tak ubrany nie zeżresz.
– Nie przyszedłem jeść. Przyszedłem, bo musisz odpowiedzieć na moje pytania.
– Wytłumaczę ci coś, Sasuke-kun. Ja nic nie muszę. To, czy cokolwiek ci powiem, zależy tylko i wyłącznie od tego, co zaproponujesz mi w zamian.
Sposób, w jaki wymawiała jego imię wściekał go. Mówiła z kpiną, jak o małym, bardzo małym dziecku, które nic nie rozumie.
Sasuke przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią beznamiętnym wzrokiem, kiedy ona jadła coś, co chyba uważała za zdatne do spożycia, jednak w jego oczach to wyglądało jak gówno, nie jak jedzenie. Ryż z jakimiś warzywami z puszek obecnie porozkładanych na stole, w dziwnym, brązowym sosie.
Zdawał sobie sprawę z tego, co powiedziała. Był słaby i marny, dla Orochimaru był nikim więcej niż pojemnikiem, zaś ona wydawała się posiadać o wiele więcej władzy. Sposób, w jaki się zachowywała, taki nonszalancki i wyniosły, jakby miała go za nikogo, a sama była kimś specjalnym. Ale przecież również słowa wężowego sannina na to wskazywały.
– Dobra, nic nie musisz. Ale to zrobisz.
– Co zrobię?
– Odpowiesz na wszystkie moje pytania.
– Dlatego że?
– Dlatego że nie chcesz tego jeść.
Jego krótkie, zdawkowe wypowiedzi widocznie ją irytowały, ale przyzwyczaiła się do ciągnięcia ludzi za język, gdy potrzebowała informacji. Włożyła łyżkę do talerza, a potem spojrzała znów na Sasuke, który przeszukiwał ich lodówkę.
– Więc chcesz mnie przekupić jedzeniem?
– W tej chwili to chyba jedyne, czego potrzebujesz.
Wydawał się szybko załapywać. Nie cieszyła się tym, ani nie martwiła zbytnio.
– Umyj ręce.
Parę minut później miała przed sobą jajecznicę z podsmażoną kiełbasą, kanapki z sałatą i pomidorem oraz kubek pełen parującej herbaty. Zastanawiała się, skąd wytrzasnął świeże warzywa, sama nigdy ich nie zauważyła w lodówce.
– Masz – policzyła szybko wszystkie rzeczy, które zrobił, każdą kanapkę z osobna – pięć pytań.
– Jesteś jego eksperymentem, tak?
Pewnie wyobrażał sobie Orochimaru, który podstępem zdobył jego DNA, a potem wychodował ją w próbówce. Ta wizja była tak komiczna, że aż się zaśmiała. Zaczęła jeść i musiała przyznać, że nie było to takie złe, na jakie wyglądało.
– Nie. Żadnym eksperymentem. Naprawdę jestem twoją bliźniaczką, choć wydaje się to niemożliwe.
– Niemożliwe? Jak?
– Orochimaru był łasy na sharingan już od dawien dawna. Na początku jego zdobycie wydawało się być całkiem proste, bo Uchihów było od groma. Więc poczekał na okazję, aż narodzi się jakieś dziecko od Uchihów i zlecił porwanie. Tym dzieckiem byłam ja, bo urodziłam się jako pierwsza.
– Uznajmy, że w to wierzę. Co z rodzicami? Nikt nigdy nie mówił, że istniejesz, czy cokolwiek.
– Zgodnie uznali, że mnie nigdy nie było, usunęli wszystkie dowody na moje istnienie i przeczyli, że kiedykolwiek się urodziłam. Taka jest prawda o twoich rodzicach, Sasuke-kun.
– Kłamiesz – zarzucił jej, ale ona zamiast zaprzeczyć, po prostu patrzała mu w oczy. Mogli wyglądać tak samo, jednak ich oczy były zupełnie inne.
– Przecież widzisz, jak wyglądam.
– Kłamiesz. Nie jesteś Uchiha!
Wstała i wyszła, uprzednio zgarniając z jednej z szafek trzy butelki sake. Sasuke wciąż siedział, niedowierzając w to, co starała się mu wmówić, obserwując obłoczek pary leniwie unoszący się znad letniego napoju.

– Jun! – zawołała, kopiąc w drzwi. Długo nie czekała, aż otworzył, ale i tak czekanie dłużyło jej się niemiłosiernie.
– Pali się? – zapytał, wpuszczając ją do środka. Był całkiem wysoki, przez co nawet, gdy już podrosła, wciąż traktował ją tak trochę z przymrużeniem oka, jak dziecko. Może wciąż pamiętał, jak bawili się razem, gdy miała ledwie sześć lat i nie potrafił przyjąć do wiadomości, że już dojrzała.
– Zwołaj resztę, dzisiaj gramy – poleciła.
– Już lecę, wasza wysokość – skłonił się i zaśmiał, by później zniknąć za drzwiami. Kyoku podeszła do stolika i położyła na jego skraju alkohol, zaś resztę rzeczy, które dotychczas tam leżały, zrzuciła na podłogę. Z półki zdjęła talię kart, a potem złapała jedną z butelki i z gwinta pociągnęła spory łyk. W odrobinę lepszym nastroju przetasowała karty i nie oparła się pokusie, by znów się napić.

Zamrugała oczyma, podnosząc się do siadu – trochę zbyt gwałtownie, bo zawartość jej żołądka podeszła w górę, ale nie dała się i przełknęła treść z powrotem. Miała ogromne luki w pamięci, jak migawki z aparatu widziała siebie i chłopaków – jak Kaito próbuje ją obmacywać, ale strzeliła mu w twarz i się opamiętał, jak znów wygrała z Akumą, potem jak Toki, który napity robił się tak śmiały, że zaczął fałszować jak na karaoke i namawiać do tego wszystkich wokoło, jak Jun znów ją wkurza, a pomiędzy tym libacja, libacja, libacja. Ale ani wspomnienia o tym, jak dotarła do... gdzie właściwie była?
Pokoje w kryjówkach miały to do siebie, że niczym nie różniły się od siebie. Podstawowe meble – łóżko i szafa na ubrania, układ, wszystko było takie same. Wszelkie różnice były zasługami ich właścicieli, ale ten pokój był surowy, jakby nikt w nim nie mieszkał, i zupełnie nieznany Kyoku. Wstała, lecz suchość w gardle i ból głowy na chwilę przyćmiły jej umysł. Odnotowała tylko, że jest ubrana, więc na szczęście nie została zgwałcona przez Kaito czy kogoś jego pokroju.
Przez chwilę starała się dojść do siebie, kiedy otworzyły się drzwi łazienki i stanął w nich nie kto inny, jak Sasuke. Miał na sobie jedynie spodnie, jeszcze pachnące proszkiem do prania, a jego włosy były mokre, przez co nie sterczały tak, jak zazwyczaj. Kyoku uniosła jedną z brwi ku górze, patrząc na niego.
– Dlaczego tu jestem?
– Bo się upiłaś – oświadczył lakonicznie.
– I?
– I nie mogłaś dojść do swojego pokoju.
– I?
– I wziąłem cię tutaj – zakończył. – Czy ktokolwiek zabronił ci pić?
Patrzała, jak podchodzi do szafy i szuka w niej jakiejś koszulki, ale kręcił nosem na te, które znajdywał.
– Dlaczego ktokolwiek miałby mi zabraniać?
– Może dlatego, że jesteś za młoda?
– Ale wystarczająco dorosła, by zabijać? Zawsze bawiła mnie logika ludzi z wiosek.
Sasuke wciągnął przez głowę ciemno niebieską koszulkę, a następnie spojrzał na Kyoku.
– Więc twierdzisz, że cię nie szukali?
Zatrzymał ją, widząc, jak próbuje wyjść. Wyrwała nadgarstek z uścisku i posłała mu zimne spojrzenie. Pokręcił głową.
– Nie wierzę, że cię nie chcieli. Nie mama.
– Pozory są mylne, Sasuke-kun. Nie można wierzyć we wszystko, co się widzi. Albo raczej – chce widzieć.
Wyszła, a on zaraz za nią.
– Czekaj, nie skończyliśmy rozmawiać! Mam jeszcze dwa pytania!
– Nie mam w zwyczaju gadać, kiedy jeszcze jestem wczorajsza – mruknęła, więc zatrzymał się. – Za dwie godziny, sala treningowa.
A potem poszła.

Sala treningowa była ciemna i śliska od jakiejś dziwnej, galaretowatej substancji. Sasuke już na wejściu został zmuszony do uruchomienia sharingana, aby cokolwiek dostrzec. I dostrzegł. Z lewej rozpędzone senbon, najpewniej zatrute. Zwinnie odskoczył, ale robiąc to, zahaczył o linkę. Poleciały na niego kolejne ostrza, wystrzelone z góry pod kątem. Znów spróbował ich uniknąć, ale to wywołało kolejną pułapkę.
Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że jest w potrzasku – na tyle, na ile mógł, rozejrzał się i zauważył pełno ponapinanych żyłek, które lekko błyszczały się w ciemności, na różnych wysokościach. Jednak nie było ich na tyle dużo, by nie mógł ich ominąć. Odskoczył więc, starając się nie zahaczyć niczym o żadną z widocznych linek, a wtedy znów poczuł napór na nodze i zdał sobie sprawę z tego, że te wszystkie, łatwe do zauważenia żyłki są tylko dla zmyłki. Tak naprawdę chodziło o to, by ukryć te, prawdziwe.
W jego stronę znów leciały senbon, usłyszał charakterystyczny dźwięk z prawej strony. Był w impasie. Wiedział, że gdy tylko się poruszy, znów naruszy którąś z linek. A jeśli się nie poruszy – to oberwie. W tej chwili żałował, że nie miał przy sobie żadnej broni, choćby zwykłego kunai, którym mógłby utorować sobie drogę.
Tym razem nie zdążył odsunąć się na czas. Po jego łydce powoli spływały cztery, samotne krople krwi. Poczuł dziwne mrowienie w okolicy zranień, ale nie miał czasu na analizowanie.
Ryzykując, że zaplącze się w kolejne pułapki, brnął do przodu. W ślimaczym tempie, ale zawsze było to lepsze od stania w miejscu i oczekiwania na pędzącą w jego stronę broń. Chciał odnaleźć wzrokiem Kyoku, albo chociaż cokolwiek prócz żyłek, ale nie miał na to czasu. Kolejne pułapki, w które wpadał, skutecznie odwracały jego uwagę.
Wydawało mu się, że to trwa godziny, nim przebił się przez tę część sali, w której doświadczył kilku nieprzyjemnych spotkań bliskiego stopnia z igłami. Mógł teraz odetchnąć i zainteresować się swoją drętwiejącą nogą, co też niechybnie zrobił. I wtedy zauważył odbicie... czegoś, w tej galatetowatej substancji.
Powoli uniósł głowę, by zobaczyć nad sobą kolejną pułapkę. Wiszące nad głową miecze nie były tym, co uwielbiał Sasuke, więc podążył wzrokiem za linką, która je przytrzymywała. Szła kawałek po suficie, wtedy ostro opadała w dół... i kończyła się w ręku Kyoku. Dziewczyna siedziała sobie jak gdyby nigdy nic, pijąc wodę z dwulitrowej butelki. Obok niej niechlujnie zostały położone dwie katany.
Puściła sznurek. Sasuke jak w zwolnionym tempie widział, jak wymyka jej się z rąk, a ona sama – uśmiecha od ucha do ucha. Odskoczył szybko do tyłu i...
Znów zahaczył o linkę.
Ze wszystkich stron prócz tej, w której była Kyoku, nadleciały różnego rodzaju bronie i tylko cudem Sasuke uniknął ich wszystkich, by zaraz potem Kyoku rzuciła w niego kataną. Kataną w pochwie, wirującą jak wiatrak młyna. Złapał ją z lekkim problemem – to wszystko działo się trochę za szybko. I ta noga...
– Co na nich było?
– Trucizna. Jak się nie pośpieszysz, będzie trzeba amputować.
Przez chwilę analizował jej słowa i jej uśmiech. Z jednej strony wiedział, że nie mogła zrobić czegoś takiego – był przecież obecnym pupilem Orochimaru, ale sposób, w jaki na niego patrzyła... To nie było tylko i wyłącznie wrażenie, że Kyoku najchętniej by się go pozbyła.
Była szybka, to zauważył, gdy w jednej chwili jeszcze siedziała, a w drugiej już stała przed nim. Była szybka, a może to on był wolny.
Wyjął katanę i jej śladem, rzucił zbędne „opakowanie” na bok. Nerwowo poprawił swoją pozycję.
Uśmiechała się z kpiną. Cały czas, odkąd tylko wszedł. Albo nawet jeszcze dłużej – odkąd przekroczył progi Oto. Sasuke nienawidził, kiedy ktoś patrzył na niego z góry i była tylko jedna rzecz, która mogła zetrzeć z jej ust ten uśmieszek – pokonanie jej. Nawet, jeśli chciał wyciągnąć z niej informacje i dlatego wydarzyła się tamta sytuacja w kuchni, teraz nie miał już większych wątpliwości, że wszystko, co mówili, było jednym, wierutnym kłamstwem. Jego rodzice nie mogli tak po prostu zanegować istnienia swojego dziecka. Może jego ojciec był trochę szorstki i nie potrafił okazywać uczuć, choć w gruncie rzeczy Sasuke dobrze go zapamiętał, ale nie byłby w stanie zrobić czegoś takiego.
Natarł jako pierwszy. Dzięki obserwacji swoim trzyłezkowym sharinganem, którego zdobył podczas niedawnej walki z Naruto, był w stanie przewidzieć jej ruchy. Ale do momentu, w którym uruchomiła swojego. Zobaczył w pełni uformowanego mangekyo sharingana, jak u swojego brata.
Do tej pory sądził, że to jest po prostu jakiś żart. Że po prostu Orochimaru robi z niego głupka, że Kyoku używa jakiejś techniki, by się do niego upodobnić. Ale żadna znana mu technika nie była w stanie dać jej sharingana.
Kyoku odparła atak i pobiegła przed siebie, prosto w tą część sali, której jeszcze nie miał okazji zwiedzić. Bez zastanowienia pobiegł za nią. I wtedy znów się zaczęło.
Linki. Cholerne linki, wiszące wszędzie. Tym razem przeciął je kataną, aby szybciej się przebić, lecz nie zdołał uniknąć wszystkich rozpędzonych senbon. Kolejna rana. Mrowienie i drętwienie. Przebił się przez pułapki i znalazł się przy kolejnej. Dokładnie taka sama, jak wcześniej – deszcz mieczy nad jego głową. Ruszyły, a Sasuke już był atakowany ze wszystkich stron przez różnego rodzaju bronie miotające. Kyoku znów siedziała sobie, tym razem chłodziła czoło butelką wody. Gdy go zauważyła, wstała, rzuciła mu wyzywające spojrzenie i pobiegła dalej, a on za nią. Linki, senbon, rana, miecze, Kyoku i woda... Nie, butelka stała na posadzce, a Kyoku nigdzie nie widać, lecz słychać było jej śmiech ze wszystkich stron.
Zorientował się, że coś jest nie tak, dopiero w tym momencie. To wszystko, co zobaczył, czego doświadczył, nie było prawdą. Kyoku złapała go w genjutsu.
To nie było coś, co znał. Jedyne podobieństwo do innych technik, jakie znalazł, to ta przeklęta pętla, kręcenie się w kółko, jak przy Kori Shinchū no Jutsu, którego doświadczyli w Lesie Śmierci. Tyle że tam chodziło tylko o lokalizację, tu chodziło o coś więcej. Zwykłe „kai” nie wystarczyło, Sasuke starał się zranić kataną od Kyoku, ale to również nic nie dało. Zastanawiał się, jak to możliwe, że z włączonym sharinganem nie zauważył jej techniki, a potem zrozumiał, że może niekoniecznie ma go uruchomionego, a Kyoku manipuluje nim i tym, co wytworzyła tak, by zdawało mu się, że ma go włączonego.
Wszystko ułożyło się w jedną całość. Kyoku nie była w stanie w ciągu dwóch godzin doprowadzić się do porządku i rozłożyć tyle pułapek, ale w genjutsu wszystko pojawiało się na pstryknięcie jej palców. Sasuke musiał zostać wciągnięty w nie od razu po wejściu do sali.
I nie miał pojęcia, jak się uwolnić.
Wydawało mu się, że spędza długie godziny w tej przeklętej iluzji, zaliczając kolejne punkty programu – linki, ranę, miecze, wodę. Nie mógł się zatrzymać, bo za każdym razem coś pchało go do przodu, jak za pierwszym razem. Musiał przyznać, że miała to doskonale przemyślane.
Tylko nadal nie rozumiał, o co chodzi z tą wodą.
– Długo zamierzasz się tak bawić? – zapytał, bo choć jej nie widział, to wiedział, że słyszy.
– A ty? Długo zamierzasz zachowywać się jak dziecko i oczekiwać, że wszyscy będą się o ciebie troszczyć i zabiegać o twoją atencję, bo jesteś biednym, skrzywdzonym Sasuke-kunem?
– Jak na razie to ty zachowujesz się jak biedna i skrzywdzona, co potrzebuje troski i uwagi, Kyoku-chan – starał się naśladować jej sposób mówienia, ale nawet jeśli w jej ustach brzmiało to jak prawdziwa obelga, to w jego – wręcz groteskowo.
– To jest Oto, tutaj nikogo nie obchodzi, kim jesteś, skąd jesteś i przez co przeszedłeś. Tylko to, jak jesteś silny. Więc jeśli chcesz naprawdę cokolwiek osiągnąć, musisz stać się silny. Twoje humory nic ci nie pomogą. Dorośnij Sasuke-kun.
W tym momencie brzmiała, jakby mówiła najszczerszą prawdę. A on wiedział, że tak jest. Ileż to razy dawał się ponieść emocjom? Ileż to razy nie mógł pokonać tego, co zatrzymuje go przed zdobyciem większej mocy? Wydawało mu się, że przez to, że jest Uchihą, jest tu na większych prawach, ale tak nie było. Orochimaru mógł go w każdej chwili zastąpić. Miał ją, a ona miała mangekyo.
– Jak go zdobyłaś?
Wszystko pogrążyła ciemność. Uruchomił sharingana i zobaczył Kyoku, która stoi tuż przed nim i wygląda, jakby właśnie stoczyła olbrzymią walkę sama z sobą. Przez chwilę nie rozumiał, o co chodzi, czemu wygląda na taką zmęczoną, gdy dziewczyna ruszyła po stojącą na podłodze wodę. Opróżniła butelkę niemal do połowy, nim na chwilę przestała. Nawet, jeśli jej twarz nic nie zdradzała, to w jej oczach, które na powrót przybrały czarną barwę, widać było wyraźną ulgę.
Męczył ją kac. Prawdopodobnie jedynym, o czym marzyła podczas trwania iluzji, była woda.
– Nie zdobyłam. Zdobycie jest cholernie trudne. Jedynym sposobem, jest...
– Zabicie przyjaciela?
– Niekoniecznie. Trzeba poczuć ogromne emocje, a raczej nie ma rzeczy, która by mnie ruszyła do tego stopnia, bym go aktywowała.
Ta informacja ucieszyła Sasuke – oznaczało to bowiem, że obędzie się bez zabijania Naruto. Da radę dorównać Itachiemu i bez robienia rzeczy jak te...
– Nie ciesz się tak. Jak myślisz, co cię ruszy mniej-więcej w takim stopniu, jak śmierć najbliższej osoby?
Nie było nic takiego. Sasuke zdał sobie z tego sprawę i zrozumiał, że prawdopodobnie nie ma innego wyjścia.
– Masz sharingan?
– A jak myślisz, że użyłam tej techniki? Mam to uznać za kolejne pytanie?
– Nie.
– Lepiej porozmawiajmy o twoim treningu. Chcę jasno przedstawić wszystkie warunki i haczyki.
– Warunki i haczyki?
Usiadła po turecku i spojrzała na niego wymownie. Po dobrej chwili dołączył do niej, a ona zaczęła mówić, monotonnym i cichym głosem.
– Po pierwsze: nie zrobię z ciebie mocarza w ciągu dwóch dni.
Po drugie: są rzeczy, których nie mogę cię nauczyć.
– Na przykład?
– Kuchiyose no jutsu.
– Czemu? Nie masz paktu?
Westchnęła, ale postanowiła mu zademonstrować. Przegryzła kciuk, krzywiąc się, bo naprawdę tego nie lubiła, złożyła pieczęci i uderzyła w podłogę.
W kłębach dymu, ku jej zaskoczeniu, pojawił się najprawdziwszy w świecie kot. Biało-czarny kot.
– Mayushii!
Kot z rozpędu wskoczył na Kyoku i oparł się o jej piersi, by dosięgnąć jej twarzy. Dziewczyna zaskoczona odruchowo zaczęła ją głaskać.
– A kto inny? Czemu żeś zrobiła to dopiero teraz?
– A zasady? Akino nie żyje, więc...
– Aleś ty głupia. Noaki żyje! Gdybyś wcześniej mnie przywołała, to, mrrr, przes– mrrrr – Kyoku posłusznie przestała ją głaskać. – to wcześniej byś się dowiedziała, nya!
Sasuke był na tyle zadziwiony tą całą sytuacją, że nie odważył się wypowiedzieć ani słowa.
– Jest na Mahoushimie? – zgadła. Kotka zamiałczała i pokiwała łebkiem.
– Musisz się z nią spotkać. Noaki chce się z tobą widzieć. Ty też na pewno chcesz.
– A brama?
– Wystarczy znaleźć amulet, masz szansę. Nya, kto to? Wygląda jak...
– To długa historia.
– Dobra, nie ma czasu. Twoja rywalka, Eyoma, wyruszyła już miesiąc temu.
Kyoku na te słowa złapała kotkę i poderwała się z podłogi, znów uruchomiła sharingan i wybiegła z sali. Sasuke najpierw podążył za nią wzrokiem, a potem również i ciałem.
Miała go trenować, a wychodzi, tylko dlatego, że użyła techniki przywołania, i przywołała kota. Kota, który gadał o jakichś bramach, Eyomach, amuletach, Noakich i świątyniach. Sasuke poderwał się z miejsca i poszedł w ślad za dziewczyną, która podawała się za jego siostrę. Zostawił w tyle salę z lepką podłogą i ruszył ciemnymi korytarzami, gdzieniegdzie tylko oświetlonymi pochodniami, by wylądować w części kryjówki poświęconej pokojom. Drzwi Kyoku były otwarte, więc wszedł i zastał ją, wrzucającą w pośpiechu swoje rzeczy do plecaka.
– Gdzie idziesz? Co z moim treningiem?
– Nagła sytuacja. Ktoś inny się tym zajmie.
– A Orochimaru?
Zamarła. Do tej chwili nawet nie pomyślała o sanninie. Nie pomyślała nawet, by go poinformować o swoich planach. Ale nawet teraz nie uśmiechało jej się to. Orochimaru poprosił ją o coś, a ona mu to coś obiecała i z pewnością będzie żądał, by tej obietnicy dotrzymała. Ale nie mogła. Nie mogła i tyle. Musiała odszukać Akino.
– Załatwię to z nim – rzuciła i znów zajęła się pakowaniem. Myślała, co będzie potrzebowała, ale to wszystko było tak nieprzewidywalne, że nie wiedziała, do czego powinna się ograniczyć.
– Tylko ty możesz mi pomóc z sharinganem, prawda?
Pieniądze, pomyślała. Za nie mogła załatwić wszystko. Rzuciła się do szafki i nawet nie zwracając uwagi na Sasuke, który śledził jej poczynania, wysunęła szufladę, zdjęła fałszywe dno i zaczęła wyciągać wszystkie oszczędności. Sasuke dziwił się, że zdołała upchać w skrytce tak wiele banknotów. I mimo że sam nie narzekał na brak pieniędzy, miał przecież w banku o wiele większe sumy, niż Kyoku w szufladzie, zaskoczyła go taka ilość w posiadaniu dziewczyny, która podawała się za jego siostrę.
– Jestem pewna, że sam też sobie z nim poradzisz.
Sasuke milczał. Nie znał jej, ale z tego, co zdołał się o niej dowiedzieć od ludzi z organizacji, rzadko, żeby nie powiedzieć że nigdy, była w cokolwiek zaangażowana. No i jeszcze chwilę temu umierała z powodu kaca i wątpił, żeby tak od razu zniknął. A podobno funkcjonowanie w takim stanie nie należało do najprzyjemniejszych.
Spojrzał na kota. Chodziła po łóżku Kyoku i obserwowała ją uważnie. Dreptała łapkami po szarawej pościeli, nie mówiła nic a nic.
Mahoushima. Magiczna wyspa. Co to miało znaczyć?
– Nie ma. Kurwa – mamrotała, gdy przeszła do przeszukiwania wszelkich możliwych skrytek w pokoju. Nie było ich wiele, ponieważ jej pokój niewiele różnił się od jego. Tylko szarobury dywan i bałagan.
– Czego nie ma? – Został zignorowany. Kyoku złapała za plecak, a potem spojrzała na kotkę.
– Jeśli znów cię przywołam, zjawisz się, prawda?
– Oczywiście!
– Więc znikaj. To trochę potrwa.
Kot posłusznie zniknął, a Kyoku wybiegła, zostawiając zapakowane bagaże, nawet nie kwapiąc się, by zamknąć drzwi. Sasuke uważał to za kompletnie nieodpowiedzialne, zważywszy że w kryjówce znajdowali się sami przestępcy, więc nim za nią ruszył, zrobił to.
Zaraz potem byli u Orochimaru.
– Co to ma znaczyć?
– Muszę się spotkać z Akino.
– Ona żyje?
– Jak widać.
– Nie zapomniałaś o Sasuke?
– Nie. Ale gówno mnie on obchodzi.
– Dobrze to słyszeć. Kabuto.
Kabuto znalazł się przy niej i Sasuke naprawdę był zaskoczony, że medyk tutaj jest, bo nawet go nie zauważył. Ale nim Kabuto zdołał sięgnąć do niej swoimi dłońmi otoczonymi zieloną chakrą, kopnęła go prosto w czułe miejsce. Nie spodziewał się tego. Potem dostał pięścią w brzuch, by następnie Kyoku porządnie uderzyła prawym sierpowym w twarz.
Jeszcze zanim na nią ruszył, wiedziała, że mężczyzna ma zamiar pozbawić ją przytomności, a na to pozwolić nie mogła. Wiedziała też, że musi się spieszyć.
Spojrzała na Orochimaru z obłędem i kekkei genkai klanu Uchiha w oczach, sięgając po katanę.
Węże wielkości psów jeden po drugim zaczęły pełznąć w jej stronę, ale ścinała ich głowy raz za razem, idąc w stronę sannina, który właśnie wstawał.
Rozłożył ręce, przestając wysyłać w jej stronę chowańców. Już stała przy nim, z wycelowaną w niego bronią.
Sasuke widział już prawdziwe umiejętności Orochimaru i był pewny, że nawet teraz byłby w stanie unieszkodliwić dziewczynę, ale nie zrobił tego. Po prostu patrzał na nią z uśmiechem na twarzy. Z obleśnym, wężowym uśmiechem na twarzy.
– I co teraz, Kyoku? Zabijesz mnie?
Jego głos był przesączony kpiną. A ona nie odpowiadała. Zaś Kabuto doszedł do siebie i już miał zamiar ją unieszkodliwić, ale wężowy sannin posłał mu porozumiewawcze spojrzenie.
A Sasuke stał, oglądając spektakl.
Zaczęła opuszczać miecz.
– Grzeczna dziewczynka – pochwalił ją.
I wtedy zrobiła coś, czego nie spodziewał się zupełnie nikt. Odskoczyła, złapała Sasuke od tyłu i przyłożyła broń do jego szyi. Sasuke znalazł się w pozycji zakładnika i zupełnie nie wiedział, co ma zrobić. Ostrze było niebezpiecznie blisko jego skóry, a on starał się wymyślić, jak w łatwy sposób się uwolnić.
– Nie ciebie. Go. A razem z nim sharingana, którego tak bardzo pragniesz. Wtedy zostanie tylko Itachi, którego nigdy nie będziesz w stanie pokonać.
Drgnął, chcąc wytrącić broń z jej ręki, ale niezauważalnie pokręciła głową. Tak, że tylko on był w stanie to poczuć tylko dlatego, że trzymała głowę tuż przy jego głowie.
Nie zrobił tego. A Orochimaru nie mógł zrobić nic, bo trzymała go w garści.


Hej.
Rozdział powstał dość szybko, jednak cały czas mi coś w nim nie pasowało. Czytałam go parę razy, ale nie mogłam namierzyć tego czegoś. Dlatego dałam sobie spokój, bo skoro tyle czasu nie mogłam tego wyjaśnić, to zapewne minie drugie tyle i nadal nie będę potrafiła tego zrobić.
W następnym rozdziale procenty już troszkę urosły, powinno pójść szybko (i bez niepotrzebnych przestojów).
Mam nadzieję, że wam się spodobało, czy coś. Albo byście bynajmniej nie obrzucili mnie pomidorami za to.
Pozdrawiam! :)